Stał naprzeciwko mnie.
Nie widziałam niczego innego, oprócz Jego głębokich, czekoladowych oczu.
Delikatnie położył dłonie na moich ramionach.
Zadrżałam…
Zbliżył twarz.
Owionął mnie rozkoszny zapach Jego oddechu.
Przyspieszone bicie serc.
Usta stały się jednością.
Tak.
Kochałam Go.
Byłam cholernie szczęśliwa.
Pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny.
Jego oczy zapłonęły krwistą czerwienią.
Próbowałam odsunąć się, lecz trzymał mnie zbyt mocno.
Bezgraniczne szczęście przerodziło się w ogromny strach.
Z Jego pleców wyrosły czarne skrzydła.
Kim jesteś?
Chciałam oderwać wzrok od szkarłatnych oczu.
Nie mogłam.
Pocałunek nieprzerwanie trwał.
Obudziłam się zlana zimnym potem. Oddychałam zdecydowanie za szybko. Cały czas czułam na sobie spojrzenie tych czerwonych, hipnotyzujących oczu… Przymknęłam powieki i przyłożyłam koniuszki palców wskazujących do skroni. Odetchnęłam głęboko. „To tylko sen”. Powoli wstałam z łóżka i powlokłam się do kuchni po szklankę wody. W swoim życiu miewałam już dosyć dużo dziwnych snów, ale nigdy nie były aż tak realistyczne. „Może to po prostu reakcja organizmu na zmianę otoczenia? Tak, to na pewno to.” Jednak w głębi duszy czułam, że było to coś dużo bardziej przerażającego, niż byłam w stanie sobie wyobrazić.
Dzień był równie słoneczny jak poprzedni. Na błękitnym niebie widniało tylko kilka małych obłoczków. Rzadko widywało się taką pogodę w październiku. Jednak miało się też świadomość, że są to ostatnie takie dni w roku.
Przy śniadaniu unosił się wesoły szum rozmów. Tylko ja wciąż nie mogłam zapomnieć o nocnym koszmarze. Spojrzałam na Tom’a. Dlaczego to właśnie on mi się przyśnił? Owszem, był dosyć przystojny, ale nie pociągał mnie aż w takim stopniu. Poza tym, w pewnym sensie był moim bratem…
„Ej, nie rozpędzaj się tak. Jakim bratem? Znacie się od wczoraj.” Odezwał się głos rozsądku. Cicho westchnęłam i zabrałam się za jajecznicę.
- Jakie mamy na dzisiaj plany? – rzuciła Simone.
- My mamy dzisiaj sesję. – odpowiedział Bill.
- Jaką sesję?! – Tom z przerażeniem spojrzał na brata.
- Do Vouge’a. Nie pamiętasz?
Starszy bliźniak ze zrezygnowaniem wrócił do konsumowania śniadania. Zapadła cisza, którą po krótkiej chwili przerwała mama bliźniaków.
- A może Eliza zabierze się z wami?
Prawie udławiłam się jajecznicą.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł… - próbowałam delikatnie odmówić.
- Ale dlaczego? Poznacie się lepiej… Na pewno wyjdzie wam to na dobre – uśmiechnęła się zachęcająco Simone.
- No to postanowione. Eliza jedzie z nami – podsumował Bill.
„Świetnie” chciałam dodać, ale w porę się powstrzymałam.
Tom ze zdenerwowaniem nacisnął klakson.
- Gdzie on się, do cholery podziewa?
Siedzieliśmy w jego białym Audi R8. W życiu nie jechałam takim samochodem i nawet nie próbowałam się domyślać, ile kosztował.
- Jak zwykle, przez tego pajaca się spóźnimy! Ale on przecież nie wyjdzie z domu bez makijażu!
Po co ja mam jechać z nimi na tą sesję? Będę im tylko przeszkadzała. Lubiłam Simone, ale ten pomysł był beznadziejny.
Tom ponownie zatrąbił. Tym razem zdecydowanie dłużej.
- Spokojnie, za chwilę na pewno przyjdzie. – próbowałam załagodzić sytuację.
- Jasne. Widać, że słabo go znasz. Potrafi siedzieć przed lustrem trzy godziny i układać włosy. Albo dziesięć razy przed wyjściem zmieniać ubranie, bo rzekomo jakaś bluzka go pogrubia. Obłęd! – dla zwiększenia wagi swoich słów, teatralnie przewrócił oczami, na co ja zachichotałam.
Odczekaliśmy jeszcze chwilę, po czym Tom złapał za telefon i zadzwonił do brata.
- Jeżeli za pięć minut nie będziesz siedział z nami w samochodzie, to pójdę po ciebie, a wtedy nie będzie tak miło. – oznajmił ostrym tonem, po czym odłożył komórkę.
Chwilę potem byliśmy już w drodze na sesję. Mijaliśmy po drodze centra handlowe, place, domy. Z czasem liczba zabudowań ograniczyła się do dosłownie kilku domów jednorodzinnych, natomiast po obu stronach drogi rozciągały się pola uprawne, łąki, gdzieniegdzie lasy.
- Dokąd jedziemy? – zapytałam.
- Do lasu – odpowiedział z uśmiechem Bill.
- Aha – pokiwałam głową.
Faktycznie, po około piętnastu minutach zatrzymaliśmy się na parkingu leśnym. Dookoła stało już mnóstwo samochodów, wszędzie w pośpiechu kręciło się pełno ludzi. Poczułam się trochę jak piąte koło u wozu. W zasadzie, byłam tu kompletnie zbędna.
Gdy tylko wysiedliśmy z auta, koło chłopaków zaroiło się od ludzi. Niektórzy pospiesznie przedstawiali plan sesji, inni mówili o stylizacji, jeszcze inni o tym, że zdjęcie będzie na okładce Vouge’a. Powlokłam się za nimi do charakteryzatorni. Stanęłam w kącie, podczas gdy masa makijażystek uwijała się wokół bliźniaków. Kątem oka zauważyłam, że zmierza w moją stronę łysy, napakowany facet.
- Skąd się tu wzięłaś? – zapytał niskim głosem.
- Przyjechałam z Billem i Tomem.
-Tak, a mnie przywiozła Shakira.
- Naprawdę! Jestem ich siostrą! – „ogarnij się.”
- Dobra, dobra. Zawsze mówicie, że jesteście żonami albo siostrami chłopaków. Wymyśliłabyś coś oryginalnego. A teraz niestety muszę cię stąd zabrać.
- Mówię serio! Bill! Biiiiill!
Bliźniak odwrócił głowę w moją stronę i od razu zrozumiał o co chodzi.
- Ona jest z nami. – odkrzyknął do ochroniarza, na co ten tylko kiwnął głową.
- Przepraszam, ale zawsze do bliźniaków próbuje się dostać tyle dziewczyn… - zaczął się tłumaczyć.
- Nic się nie stało – zaśmiałam się. Nagle, niczym duch, pojawiła się przy nas jedna ze stylistek.
- Eliza?
- Tak…
- Mam cię zaprowadzić do kawiarni. – oznajmiła życzliwie.
Posłałam ochroniarzowi delikatny uśmiech na pożegnanie i ruszyłam za nią.
Kawiarnia okazała się w rzeczywistości autobusem, w środku przerobionym na coś w rodzaju baru. Stanęłam przy blacie, który zapewne był kasą. Nikogo tam nie było, więc głośno chrząknęłam. Aż podskoczyłam ze strachu, gdy w tym momencie ktoś uderzył głową w spód stołu. Spod blatu wyłonił się blondyn sycząc i rozcierając tył głowy.
- Przepraszam, nie chciałam pana przestrasz… Martin?!
Chłopak natychmiast wyprostował się, spojrzał na mnie i wybałuszył oczy.
- Eliza?! Co ty tutaj robisz?
- Mogę spytać o to samo?
- Byłem pierwszy…
- Przyjechałam z Kaulitzami. Mieszkam teraz u nich.
- Co?!
- To co słyszysz. Teraz ty odpowiedz.
- No ja tu sobie dorabiam…
Spojrzeliśmy po sobie, kompletnie zaskoczeni biegiem wydarzeń. Staliśmy w zupełnej ciszy, nagle, jak na zawołanie, wybuchając szczerym śmiechem. Żadne nie mogło się pohamować. Śmialiśmy się tak całą wieczność. Zupełnie beztrosko. Zupełnie nie świadomi przyszłych zdarzeń. Jeszcze szczęśliwi.